czyli Pszenna Wólka

Gazeta.pl, Paulina Dudek

„Co roku w marcu mam tę myśl: udało mi się przetrwać kolejną zimę”

„Sprzątam w domu i w życiu, gdy przychodzi wiosna. Zimą większość rzeczy jest dla mnie niewykonalna”. Też tak macie? To może być SAD.

Czy to możliwe, że człowiek zapada w sen zimowy? Anna-Maria zaczyna się nad tym zastanawiać przed czterdziestką. – Od wczesnej podstawówki wraz z nadejściem listopada wpadałam w czarną dziurę. Pamiętam, że miałam dziewięć lat, patrzyłam przez szkolne okno na szary, mokry park i myślałam: nic nie ma sensu, oddajcie mi świat. Na studiach „zlikwidowałam” listopad – w notatkach wpisywałam daty do 45 października i od minus 15 grudnia. Listopad od zawsze jest dla mnie – jak w tym memie – zbiorem wszystkich poniedziałków roku. Dopiero w marcu, gdy zaczynała się wiosna, coś w mojej głowie robiło „pyk”, niczym korek od butelki, świat stawał się znośny i przychodziła myśl: udało mi się przetrwać kolejną zimę. Moje postanowienie noworoczne co roku jest takie samo: dożyć do marca – mówi. 

Od dziecka ciągnie ją do światła, niczym roślinkę w doniczce. W każdej firmie, w której pracuje, walczy o miejsce przy oknie. Próbuje przekonać szefa, że ludzie nie mogą funkcjonować bez naturalnego oświetlenia. Słyszy, że w open spasie może i jest ciemno, ale przecież są lampki i nikt poza nią nie narzeka.  

Pisze na swój blog tekst o rytmie rocznym. – Rytm dobowy był znany, ale o rocznym prawie nikt jeszcze nie mówił. A do mnie dotarło, że ludy Północy, w tym my, od zawsze funkcjonowały inaczej niż ludy Południa. Na Północy w długie letnie dni zostawało się na polu od świtu do zmroku, a zimą, gdy niewiele było do roboty, siedziało się w chatach i tempo życia bardzo zwalniało. Gdy przyszła cywilizacja, a z nią elektryczność, zaczęliśmy pracować przez okrągły rok od 8 do 16, a ewolucyjnie nie mieliśmy kiedy się do tego przystosować. 

Od pytania „czy człowiek zapada w sen zimowy?” mija 10 lat, ale Anna-Maria już się domyśla, co jej jest. Szuka psychiatry, który potwierdzi jej diagnozę. Trafi do dr Doroty Bzinkowskiej i usłyszy, że jest książkowym przykładem SAD-owca. 

Jako SAD i nie-SAD 

Psychiatra Dorota Bzinkowska pacjentów z czystym SAD-em [ang. Seasonal Affective Disorder, czyli chorobą afektywną sezonową – przyp. aut.], zwanym również depresją sezonową, a dawniej depresją zimową, ma zaledwie kilkoro. Wszystkich stara się kontrolnie obejrzeć we wrześniu. Głównie po to, by wykluczyć inne diagnozy, zwłaszcza CHAD, czyli chorobę afektywną dwubiegunową, i „zwykłą” depresję, tylko z cechami sezonowości. 

SAD, CHAD, depresja z cechami sezonowości? Nim Bzinkowska wyjaśni mi, czym te pojęcia się różnią, zaznacza, że choroba afektywna sezonowa „to nie chandra ani to, że wszyscy się gorzej czują jesienią”. Jak wyjaśnić fakt, że w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-11 takiej jednostki chorobowej nie ma? – SAD ukrywa się tam pod „innymi zaburzeniami depresyjnymi” lub jako wariant „choroby afektywnej dwubiegunowej”. Ale w DSM-5 [najnowszej klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego – przyp. aut.] nazwa „choroba afektywna sezonowa” figuruje – uściśla lekarka.  

Szacuje się, że na SAD cierpi od 2 do 5 proc. światowej populacji, z czego aż 70–80 proc. chorych to kobiety. Odsetek osób z SAD jest znacznie wyższy w krajach i regionach, których mieszkańcy są narażeni na przedłużające się okresy ciemności. Badania prof. Timo Partonena z Uniwersytetu Helsińskiego wykazały, że na pełnoobjawowy SAD cierpi aż 12 proc. mieszkańców Finlandii, a 85 proc. Finów zauważa, że sezonowe zmiany światła w jakiś sposób wpływają na ich nastrój oraz nawyki związane ze spaniem i jedzeniem. Finowie na sezonową depresję mają nawet specjalne określenie: kaamosmasennus, od słów kaamos – noc polarna, i masennus – depresja. I wcale nie cierpią na nią tylko mieszkańcy Laponii.

Szacuje się, że na SAD cierpi od 2 do 5 proc. światowej populacji, z czego aż 70-80 proc. chorych to kobiety (Fot. Shutterstock.com) , Badania prof. Timo Partonena z Uniwersytetu Helsińskiego wykazały, że na pełnoobjawowy SAD cierpi aż 12 proc. mieszkańców Finlandii, a 85 proc. Finów zauważa, że sezonowe zmiany światła w jakiś sposób wpływają na ich nastrój oraz nawyki związane ze spaniem i jedzeniem. Finowie na sezonową depresję mają nawet specjalne określenie: kaamosmasennus, od słów kaamos – noc polarna, i masennus – depresja. I wcale nie cierpią na nią tylko mieszkańcy Laponii. (Fot. MarianFineart/Shutterstock.com)

Zdaniem dr Doroty Bzinkowskiej SAD o tyle łatwo rozpoznać, że ma cztery twarde kryteria diagnostyczne.

Pierwsze, co naprawdę rzuca się w oczy, to ogromny spadek energii. Jeśli latem nasz poziom energetyczny określimy jako 100 proc., to jesienią i zimą przy SAD-zie będzie to 10–20 proc. Człowiek wręcz wolniej się rusza, nagle nie może podbiec do autobusu, ale też wolniej myśli, kojarzy, trudno mu się skupić

 opisuje.  

Drugie kryterium to nadmierny apetyt na węglowodany. I znów, niby zimą wielu z nas chętniej sięga po słodycze czy chipsy, ale SAD-owcy w ciągu dwóch–trzech miesięcy tyją, przybierając nawet do 10 proc. swojej masy. Trzeci jest spadek nastroju. – W zwykłej depresji pojawia się z reguły smutek, ale w SAD-zie jest on rzadki. Najczęściej osoba odczuwa zobojętnienie – mówi lekarka.  

Czwartym kryterium jest nadmierna senność. Zmiany stężenia serotoniny i melatoniny zakłócają prawidłowy rytm snu i czuwania. To sprawia, że śpi się dłużej, rano trudno wstać i przez pierwsze godziny, nawet do południa, w zasadzie… nadal się półśpi. Bo dla mózgu wciąż trwa noc. 

– Więc gdy pacjent mi mówi, że gorzej się czuje jesienią i zimą, ale nie ma spadku energii ani nie spełnia pozostałych kryteriów, to być może ma depresję z cechami sezonowości, czyli nawracającą jesienią i zimą, ale nie ma choroby afektywnej sezonowej – rozwiewa wątpliwości lekarka. 

I dodaje coś, co brzmi jak wyrok:

Jeżeli człowiek zostaje w naszym klimacie, to nie ma tak, że w jednym roku ma depresję sezonową, a w innym jej nie ma. W prawdziwym SAD-zie ma ją już zawsze. 

Światło, o które nam chodzi 

„Jeśli człowiek zostaje w naszym klimacie” – to zdanie klucz. 

Z Anną-Marią umawiam się na czacie wideo. Bo ja jestem w ciemnej i wietrznej Warszawie, gdzie zapalam kolejną żarówkę i parzę jeszcze jedną kawę, a ona w słonecznej i wietrznej Andaluzji, gdzie zamyka okiennice i zapina polar aż pod szyję. – Na zewnątrz jest 25 stopni C i słońce oślepia, ale w domu… Powiem ci, że nigdzie tak nie zmarzłam jak w Hiszpanii zimą – śmieje się. 

Do Andaluzji przyleciała na sześć tygodni na zaproszenie znajomego. Pracuje zdalnie i dogląda jego ekipy remontowej. – Znajomy urodził się w Polsce, przeniósł do jednego z krajów Afryki jako dwulatek, wrócił jako nastolatek i kompletnie nie umiał sobie poradzić z polską zimą. Niedawno kupił więc ten dom, w którym teraz jestem, i mógł powiedzieć żonie, że to lekarz mu zalecił – śmieje się Anna-Maria.  

Ona nijak nie pasuje do opisu SAD-owca. – SAD minął mi tu po kilku dniach. Bo codziennie mam to światło, o które chodzi. Słoneczny dzień w Hiszpanii dostarcza mózgowi światła o natężeniu 24 tys. luksów. 

Słoneczny dzień w Hiszpanii dostarcza mózgowi światła o natężeniu 24 tys. luksów. By zniwelować objawy 'sezonowej depresji’ wystarczy regularne naświetlanie się światłem o natężeniu 10 tysięcy luksów (Fot. Shutterstock.com)

„Światło, o które chodzi”, nie musi być aż tak silne – wystarcza takie o natężeniu 10 tys. luksów. – Proszę sobie wyobrazić słoneczny polski lipiec w samo południe. Ale też jeden z tych jasnych dni stycznia, gdy wystawiamy twarz do słońca – obrazuje Bzinkowska.  

Gdyby polski styczeń był mroźny, ale słoneczny, chorzy na SAD cierpieliby krócej. Bo SAD leczy się wyłącznie światłem.

Leki nie są potrzebne ani zalecane i pacjenci zwykle bardzo się cieszą, gdy słyszą, że nie potrzebują farmakoterapii

 zdradza Bzinkowska.  

W sieci można znaleźć informację, że na SAD działa buproprion, atypowy lek antydepresyjny, ale Bzinkowska wyjaśnia, że buproprion to środek aktywizujący i jej zdaniem wcale nie na SAD. – To tylko lek dodany, gdy ktoś ma też inne rodzaje depresji albo na przykład dużo stresów. Jest też dość kosztowny. Lampa jest lepsza – przekonuje.  

Przed naszą rozmową oglądam lampy do fototerapii, czyli główne narzędzie do leczenia choroby afektywnej sezonowej. Jest sporo modeli, większość ma dopisek „antydepresyjna”. – To chwyt marketingowy, bo lampa nie wyleczy nikogo ze zwykłej lub nawracającej depresji – potwierdza moje podejrzenia psychiatra. – Ale naświetlając się prawidłowo, pozbędziemy się objawów SAD-u w 14 dni – zapewnia.  

Prawidłowo, czyli jak?

Codziennie przez co najmniej pół godziny, najlepiej między godziną 7 a 8 rano siadamy pół metra od lampy i na przykład czytamy lub pracujemy. Nie trzeba patrzeć prosto w światło, ale oczy muszą być otwarte

 podkreśla.  

Świat fototerapeutycznych wynalazków okazuje się fascynujący. – Istnieją symulatory świtu, czyli budziki świetlne, które rozjarzają się o zaprogramowanej godzinie, imitując wschód słońca. Są okulary do fototerapii, które emitują światło prosto na siatkówkę, ale według mnie to kosztowny bajer – wylicza lekarka.  

Nie ukrywam, że największe wrażenie robią na mnie fototerapeutyczne słuchawki. Okazuje się, że Finowie, którzy są światowym liderem w leczeniu choroby afektywnej sezonowej, wymyślili, że włożą światło do mózgu przez uszy: poświecą na cienką błonę bębenkową dokładnie tam, gdzie nerw słuchowy krzyżuje się z nerwem wzrokowym. – Widziałam te słuchawki, pacjenci czasem je kupują, bo można z nimi wyjść z domu, nie trzeba siedzieć przy lampie. Ja jestem zwolenniczką lamp, bo tylko one mają w stu procentach naukowo potwierdzone działanie. Lamp warto szukać na OLX, producent nie ma znaczenia. A jeśli nie mamy pewności, czy to na pewno SAD, warto przed zakupem pożyczyć od kogoś na kilka dni i przetestować – podpowiada.

SAD leczy się wyłącznie światłem. (Fot. Shutterstock.com) , – Leki nie są potrzebne ani zalecane i pacjenci zwykle bardzo się cieszą, gdy słyszą, że nie potrzebują farmakoterapii – zdradza Bzinkowska (Fot. Shutterstock.com)

I dodaje, że taki sam efekt jak fototerapia z użyciem lampy przyniesie dwutygodniowy urlop na początku listopada gdzieś, gdzie świeci słońce. – Więc jeśli ktoś cierpi na SAD, niech jeździ na wakacje po sezonie – radzi lekarka. Tak jak Finowie. 

Anna-Maria dzięki pandemii ma już w tej kwestii sprawdzony schemat działania. – Kwestię zimowej depresji załatwiają u mnie dwa tygodnie słonecznych wakacji na początku listopada i dwa tygodnie w styczniu–lutym. Podczas pierwszego wyjazdu buduję odporność na polską ciemność, co wystarcza mi do stycznia. Ale do marca są jeszcze dwa miesiące, więc drugi wyjazd to dawka utrwalająca. Jeśli nie mogę wyjechać dwa razy, musi mi wystarczyć jeden wyjazd w okolicy Nowego Roku. Wtedy lecę już na skrzydłach depresji, ale po powrocie doczołguję się do marca. 

Korba 

Według Doroty Bzinkowskiej światłoterapia nie ma efektów ubocznych, a światła nie można przedawkować. Anna-Maria ma jednak na ten temat swoje zdanie. A nawet jedno konkretne słowo. Korba.  

– U mnie korba zawsze zaczyna się od tego pyknięcia korka w głowie. W Polsce miałam ją dopiero w marcu, w Andaluzji pojawiła się po pięciu dniach. Nagle widzę żywsze kolory, więcej słyszę, świat się robi akceptowalny, zaczyna mi się chcieć śmiać, a przede wszystkim robić rzeczy, których nie byłam w stanie zrobić przez ostatnie pół roku. Turbokorbę miałam w Skandynawii w czasie dnia polarnego – o 23 zorientowałam się, że od 16 godzin siedzę za kierownicą kampera i nie jestem zmęczona. Mając korbę, wyrzuciłam z domu byłego partnera i kupiłam auto, w którym zakochałam się na ulicy. To były dobre i w gruncie rzeczy przemyślane decyzje, tylko wymagały tej nadzwyczajnej energii. Sprzątam w domu i w życiu, gdy przychodzi wiosna. Zimą większość rzeczy jest dla mnie niewykonalna – wylicza.  

Anna-Maria: Gdy przyszła cywilizacja, a z nią elektryczność, zaczęliśmy pracować przez okrągły rok od 8 do 16, a ewolucyjnie nie mieliśmy kiedy się do tego przystosować (Fot. Shutterstock.com) , 'Sprzątam w domu i w życiu, gdy przychodzi wiosna. Zimą większość rzeczy jest dla mnie niewykonalna’. Też tak macie? To może być SAD (Fot. Shutterstock.com)

To dlatego Dorota Bzinkowska tak uważnie przygląda się swoim pacjentom. – Dopóki człowiek jest logiczny, poukładany i nie traci kontroli nad swoimi działaniami, to nie kwalifikuje się do diagnozy manii czy hipomanii, czyli warunku stwierdzenia choroby afektywnej dwubiegunowej. Mam pacjentów, którzy są dla mnie z pogranicza SAD-u i CHAD-u, podejrzewam ich o CHAD, ale oni rzadko się latem pokazują, nie weryfikują rozpoznania. Raz, że latem czują się świetnie, a dwa – nie chcą, żebym drążyła i próbowała diagnozować im coś więcej niż SAD, bo choroba dwubiegunowa boli. Jest to poważne rozpoznanie psychiatryczne i oznacza konieczność stałej farmakoterapii, co nie dla wszystkich jest akceptowalne. Więc dopóki można nie mieć tej diagnozy, a objawy są do zniesienia, to nikt nie przychodzi latem skarżyć się, że ma dużo energii. Dopóki mania nie sprawia, że człowiek jest totalnie bezkrytyczny i rządzi światem, to pacjenci ją lubią – nie kryje Bzinkowska. 

Przetrwać ciemność 

Anna-Maria przez lata słuchała, że „depresję to może mieć królowa angielska, a jej się po prostu nie chce wstać z łóżka”. Cieszy się więc, że na chorobę afektywną sezonową pada coraz więcej światła.

Nagle zaczynasz rozmawiać z ludźmi, którzy całe życie wstydzili się tego, że zawsze zimą źle się czują. Wreszcie słyszysz, że to nie fanaberia, tylko chemia twojego mózgu, który pod wpływem światła wytwarza te i te substancje i jeżeli ich nie ma, to wpadasz w depresję. Wtedy dajesz sobie prawo, by ją mieć. 

Ale dr Bzinkowska zaznacza, by nie brnąć koniecznie w diagnozę choroby afektywnej sezonowej, bo większość z nas jej nie ma. Czasem wystarczy sama większa wrażliwość szyszynki na światło, a tę obserwuje u wielu ludzi, zwłaszcza po zmianie czasu z letniego na zimowy. – Naszym rytmem dobowym zawiaduje szyszynka, która produkuje hormon zwany melatoniną. Melatonina sprawia, że wieczorem zasypiamy, a rano, gdy jej poziom się obniża, budzimy się i wchodzimy w dzień. To, czy melatonina się wydziela i czy przestaje się wydzielać, zależy od oświetlenia. I teraz: jeżeli dzień wyraźnie różni się od nocy jasnością, to rano wydzielanie melatoniny jest hamowane i robi się pani żywsza. Ale jeżeli melatonina nie zostanie zahamowana, to utrzyma panią w półśnie. I wieczorem – w drugą stronę: jeżeli noc się zaczyna od godziny 15, to czasem bardzo trudno jest szyszynce wycelować z wydzielaniem melatoniny od godziny 22, żeby od 23 zachciało się pani spać. Mózg w tych okolicznościach wariuje. W tym zakresie lampa do fototerapii też potrafi bardzo ładnie pomóc, bo włączona rano daje poczucie dużej ilości światła i obudzenia. Są też szkoły, które zalecają stosowanie lampy do fototerapii wieczorem – o 21.30–22 albo 22–22.30 – po to żeby zrobić wyraźnie jasno, po czym wyraźnie ciemno. Mózg to lubi – podpowiada. 

Dr Bzinkowska zaznacza, by nie brnąć koniecznie w diagnozę choroby afektywnej sezonowej, bo większość z nas jej nie ma. Czasem wystarczy sama większa wrażliwość szyszynki na światło, a tę obserwuje u wielu ludzi, zwłaszcza po zmianie czasu z letniego na zimowy. (Fot. Shutterstock.com)

W Utsjoki, najbardziej na północ wysuniętej gminie Finlandii, słońce po raz ostatni wschodzi nad horyzontem 24 listopada. Kolejny raz pokazuje się 17 stycznia. Do 21 grudnia, gdy następuje zimowe przesilenie i dzień zaczyna się wydłużać, nawet w najbardziej wysuniętych na południe rejonach kraju liczba słonecznych godzin w ciągu dnia nie przekracza sześciu. Północna Finlandia tonie zaś w nieziemskim granacie nocy polarnej, którą po prostu trzeba jakoś przetrwać. Prof. Timo Partonen radzi, by pozostać aktywnym na co dzień, dużo rzeczy robić na świeżym powietrzu – to może być sport albo zimowy grill, który nikogo w Skandynawii nie dziwi. Warto stosować terapię światłem. I pogodzić się z tym, że zimowa utrata sił i pogorszenie nastroju na pewno przyjdą.  

A jeśli ktoś nie chce się z tym pogodzić? Czy gdyby przenieść się na przykład na południe Włoch, to SAD mógłby zniknąć? Dorota Bzinkowska: – Tak, różnica w poziomie energii byłaby ogromna. Myślę, że w ten sposób pacjent pozbywa się choroby.  

Epilog 

Kilka tygodni po naszej rozmowie dostaję wiadomość od Anny-Marii: „Właśnie kupiłam dom w Hiszpanii, dwa kilometry od morza. 85 m2 w cenie kawalerki na warszawskim Bródnie”.