Gazeta.pl, Angelika Swoboda

„Odchorowywałam w Polsce każdy listopad. Lekarz poradził, żebym wyjechała tam, gdzie jest słońce”

Angelika Swoboda 17.02.2025 21:31

– Przed pierwszym wyjazdem myślałam, że to nieosiągalne i drogie. Teraz, gdy znajomi pytają, czy jest tak trudno, jak się wydaje, odpowiadam, że nie – mówi Paulina, która podobnie jak Anna-Maria i ja, autorka tekstu, zamieszkała na kilka miesięcy w Hiszpanii. Opowiadamy, czy jest drogo.

Odchorowywałam w Polsce każdy listopad i wreszcie lekarz poradził mi, żebym wyjechała tam, gdzie jest słońce. Że to będzie dla mnie lepsze niż kolejne antydepresanty. Posłuchałam go i w 2019 roku wybrałam się do Hiszpanii kamperem. Czułam się tam świetnie, ale na początku 2020 roku musiałam wrócić do Polski. Do tego wybuchła pandemia i znów było mi ciężko, bo wyjazdy stały się niemożliwe – opowiada Anna-Maria Siwińska, specjalistka od społeczności w internecie.

Dwa lata później, gdy restrykcje zniesiono, znajomy Anny-Marii kupił dom w Andaluzji.

– Pracowałam akurat zdalnie, więc zaproponował mi, żebym pojechała tam na dwa miesiące przypilnować remontu. I w ten oto niespodziewany sposób znalazłam się w zabitej dechami dziurze w Andaluzji, o której nigdy wcześniej nie słyszałam – śmieje się Anna-Maria.

Ta „zabita dechami dziura” to mała andaluzyjska miejscowość oddalona od lotniska w Maladze o jakieś 120 km. A tak się składa, że Andaluzja to najcieplejszy region Hiszpanii. Panuje w niej klimat podzwrotnikowy i przez ponad 300 dni w roku świeci słońce. Równie dużo jest go zresztą na Costa Blanca, gdzie od stycznia mieszka Paulina z Warszawy. Ona pracuje w branży IT, a jej chłopak jest grafikiem komputerowym.

Aż 55 proc. pytanych Polaków chciałoby przenieść się do innego kraju, a najchętniej do Hiszpanii – wynika ze styczniowego raportu ARC Rynek i Opinia. Niektórzy z nich, jak chociażby Paulina, nie poprzestają na deklaracjach, tylko pakują torby, wrzucają je do auta i na zimowe miesiące przenoszą się na Półwysep Iberyjski. Ile muszą zapłacić za wynajęcie mieszkania i prąd? Ile kosztuje jedzenie w supermarkecie albo na bazarku? Prawdopodobnie będziecie zaskoczeni!

Mieszkanie z widokiem na morze za 900 euro miesięcznie

Dlaczego akurat Hiszpania? Odpowiedź jest prosta: bo świeci tam słońce, którego nam, ludziom Północy, boleśnie brakuje między listopadem a marcem. Tę potrzebę potwierdzają badania, z których wynika, że w słoneczne dni mamy naturalnie wyższy poziom serotoniny. I kompletnie bez znaczenia jest wtedy temperatura. Wyższy poziom serotoniny to lepszy nastrój, poczucie satysfakcji i spokoju. Niższy natomiast wiąże się z depresją i lękami. Naukowcy dowodzą także, że światło UV pobudza melanocyty, czyli komórki skóry, które produkują ciemny pigment w skórze do uwolnienia endorfin, czyli hormonów szczęścia.

– Pracuję zdalnie przez cały rok, natomiast mój chłopak dostaje w firmie taką możliwość na trzy miesiące w roku. W tym – od stycznia do marca. W Polsce zimą idziesz do pracy, jest ciemno. Wracasz – to samo. Kluczowa była więc dla mnie nie tyle kwestia temperatury, która panuje zimą w Hiszpanii, ile słońca – podkreśla Paulina. I dodaje: – Nie ukrywam, że przebranżowiłam się i zatrudniłam w IT właśnie po to, żeby móc pracować zdalnie.

Plaża w Esteponie (Angelika Swoboda)

Po raz pierwszy pojechali na dwa zimowe miesiące do Hiszpanii na początku 2024 roku. Wybrali okolice Alicante, bo oboje uprawiają kolarstwo, a ten region wydaje się wręcz stworzony dla rowerzystów. Paulina i jej chłopak po pracy jeżdżą na rowerach. Mówią, że kierowcy w tym regionie są przyzwyczajeni do tego, że wiele osób uprawia ten sport, i zawsze trzymają bezpieczną odległość.

– Zanim wynajęliśmy mieszkanie na zimę, przyjechaliśmy we wrześniu do miejscowego biura pośrednictwa nieruchomości, w którym ogłaszają się prywatni właściciele. Wybraliśmy blok w pierwszej linii od morza. Za 50 m z dużym balkonem płacimy miesięcznie 900 euro. Do tego osobno za prąd według zużycia, maksymalnie 50 euro na miesiąc – wylicza.

Wcześniej wpłacili zaliczkę, a po przyjeździe dostali klucze. – Tak samo jak w zeszłym roku nikt nas w tym mieszkaniu nie nachodzi i nie kontroluje. Czujemy się komfortowo i bezpiecznie – mówi Paulina.

„Nigdzie tak nie zmarzłam jak zimą w Hiszpanii”

Anna-Maria po paru tygodniach mieszkania u znajomego poszła na lunch do Brytyjczyka z ekipy budowlanej, który mieszkał w sąsiedniej miejscowości. – Weszłam do jego domu i zakochałam się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia. Wszystko mi się podobało. I czerwona ściana, i schody jak w latarni morskiej, i taras na dachu z widokiem na Morze Śródziemne, z którego przy odrobinie szczęścia widać Afrykę. Gdy usłyszałam, że Brytyjczyk po 30 latach chciałby ten dom sprzedać i pojechać ze swoją dziewczyną na Filipiny, czułam się, jakbym dostała w głowę. Zaproponowałam mu kwotkę, która była równowartością kawalerki na peryferiach Warszawy. Myślał i myślał, aż wreszcie się zgodził. W ten sposób za wieloletnie oszczędności i różne spadki kompulsywnie kupiłam trzypoziomowy dom w Andaluzji – śmieje się Anna-Maria.

W wersji idealnej Anna-Maria chciałaby w nim mieszkać od listopada do kwietnia, ale jeszcze jej się to nie udało. – Mam stwardnienie rozsiane, więc raz na trzy miesiące muszę się meldować w szpitalu w Warszawie na przegląd i odbiór leków. Dlatego nie mogę być w Hiszpanii dłużej – tłumaczy.

Wioska Anny-Marii liczy raptem 70 mieszkańców. Nazywa się Haza Del Trigo, co w tłumaczeniu na polski oznacza „pole pszenicy”. – Dlatego pieszczotliwie nazywam ją Pszenną Wólką – śmieje się.

Pszenna Wólka ma za plecami pasmo górskie Sierra Nevada, więc gorąco robi się tu dopiero w czerwcu. – Nigdzie tak nie zmarzłam jak zimą w Hiszpanii. Nocą temperatura spada do około 10 stopni, okna są pojedyncze, a dom nie jest ogrzewany. Dogrzewam się więc otwartymi oknami w ciągu dnia, bo zimą na zewnątrz jest ponad 20 stopni. Mam też grzejniki gazowe i podgrzewany materac, który kupiłam za 30 euro. Podczas pracy stawiam grzejnik przy nogach – opowiada Anna-Maria.

Ile ją kosztuje to dogrzewanie i inne media? – Płacę za prąd około 30–40 euro miesięcznie, a za wodę raz na trzy miesiące około 60 euro – podaje precyzyjnie, zaglądając do podręcznego Excela.

Dom Anny-Marii Siwińskiej w Andaluzji (arch. prywatne)

Masło, kawa, ryby i inne specjały

Okazuje się, że podobnie jak ceny mediów ceny jedzenia też są porównywalne z tymi w Polsce. Niektóre produkty, na przykład warzywa na lokalnym bazarku, kosztują nawet mniej. 

– Za kilogram lokalnych warzyw, takich jak papryka, pomidory, bakłażan i cukinia, płacę na targu jedno euro. W grudniu jadłam już truskawki, kosztowały 3,5 euro za kilogram – wymienia Anna-Maria.

Co jakiś czas wybiera się na większe zakupy do Mercadony. Mercadona to hiszpańska sieć hipermarketów, w których można kupić wszystko: od chleba i tortów, poprzez napoje, mięso, ryby, owoce morza, nabiał, po kosmetyki i chemię. Hiszpanie żartują, że to ich dobro narodowe, bo produkty są tam świeże, a ceny atrakcyjne.

– Parę dni temu pojechałam do Mercadony na bardzo duże zakupy. Każdy wyjazd do sklepu z naszej wioski to cała wyprawa, więc wypchałam wózek po brzegi. Zapłaciłam około 100 euro. Jestem pewna, że było to taniej niż za podobny koszyk w polskim sklepie – twierdzi Anna-Maria.

Paulina też przyznaje, że nie wydaje w hiszpańskich supermarketach więcej niż w Warszawie. – Litr paliwa na przykład kosztuje około 1,5 euro. Ceny jedzenia w sklepach są porównywalne z polskimi, choć oczywiście niektóre produkty – ze względu na to, że tu rosną – są tańsze, jak choćby pomarańcze czy awokado. Sporo tańsze są też ryby i owoce morza – opowiada.

Zima w Esteponie to także czas na sporty na plaży (Angelika Swoboda)

W restauracjach, podobnie jak w Polsce, nie jest tanio, ale w kawiarniach już tak. Za 1,60 euro można kupić małą kawę z ciastkiem. – Hiszpanie bardzo często idą rano do kawiarni na kawę czy śniadanie, bo ceny ich do tego zachęcają. Wiele osób długo siedzi przy jednej kawie i nikt z obsługi się koło nich nie kręci i nie pyta co chwilę, czy podać coś jeszcze – mówi Paulina.

Jej partner chodzi do hiszpańskiego fryzjera. Jedna wizyta kosztuje go 10 euro. – Ja z kolei zrobiłam sobie hybrydę, za którą zapłaciłam 18 euro – dodaje. 

I jeszcze moje doświadczenia. Ja, autorka tego artykułu, hybrydy nie robiłam, ale podczas swojego ostatniego, prawie miesięcznego pobytu w Andaluzji, na przełomie grudnia i stycznia, skrzętnie zbierałam paragony. Oczywiście z ulubionej Mercadony, która według mnie mogłaby być nawet wpisana na listę dziedzictwa światowego UNESCO. I tak za litr mleka bez laktozy płaciłam 0,91 euro, za kostkę masła 200 gr – 2,30 euro, za chleb razowy – 1,50 euro, za kawę rozpuszczalną – 2,90, za sardynki w puszce – 1,55, makaron 500 gr – 0, 80 euro, za jajka (12 sztuk) – 2,20 euro, za ciemne pomidory – 1,65 euro za kilogram, za kilogram cebuli – 1,30 euro, 7 euro za kilogram kurczaka, 4,30 euro za chorizo (300 gr), 9,50 euro za kilogram dużych krewetek, 7–9 euro za kilogram dorady, 3,65 za paczkę papieru toaletowego (8 rolek). Za paellę w restauracji zapłaciłam 27 euro (za dwie osoby), za antrykot z grilla – 20 euro, a za lampkę wina 3–4 euro. Za taksówkę z dworca autobusowego do mieszkania (około 3 km) – 7 euro.

Warzywa i owoce w hiszpańskim supermarkecie (Angelika Swoboda)

Przyjaźni lokalsi i inne plusy

Jak trafiłam do Andaluzji? Któregoś grudniowego poranka w zeszłym roku z nieba padał śnieg, a przez chmury nie przedzierał się nawet najmniejszy promień słońca. Pomyślałam, że nie zniosę kolejnego szarego tygodnia. Napisałam do właścicielki 50-metrowego mieszkania w Esteponie, które wynajmowałam przez dwa miesiące w 2022 roku, i zapytałam o cenę wynajmu. Po paru minutach dobiłyśmy targu – 1200 euro za miesiąc, bez żadnych dodatkowych opłat.

Dlaczego Andaluzja? Bo ma ponad 300 słonecznych dni w roku – to już wiemy. A dlaczego akurat Estepona, jedno z setek uroczych miasteczek zwanych „białymi”, które z jednej strony otacza morze, a z drugiej góry? Jak to zwykle w życiu bywa, znalazłam się tam trzy lata temu przez przypadek. Moja przyjaciółka Ewa wynajęła mieszkanie na zimę i zaprosiła mnie na dwa tygodnie. Grzech było odmówić.

W Esteponie, nazywanej Miastem Kwiatów, od razu poczułam się jak u siebie. Wąskie uliczki, mauretańskie domki, palmy i kwiaty w doniczkach w takim samym kolorze czy deseniu na jednej ulicy. Z obskurnymi osiedlowymi sklepikami pełnymi ryb, tortilli i świeżych warzyw od razu wydała mi się wygodna do życia. I nie pomyliłam się. Już po paru dniach sąsiedzi z mojej uliczki witali mnie przyjaznym „hola!”. Staruszek poruszający się z chodzikiem, który co rano uparcie sprzątał ulicę z rozgniecionych dzikich pomarańczy, uśmiechał się i życzył mi miłego dnia. Oczywiście po hiszpańsku. Powtórzę za Pauliną, że nikt w Hiszpanii nie wita przybyszów z innych krajów kwiatami, ale na pewno wyczuwa się u miejscowych sympatię i ograniczone zainteresowanie.

Stoisko z rybami i owocami morza w supermarkecie w Esteponie (Angelika Swoboda) , Esteponę z jednej strony otaczają góry, a z drugiej morze (Angelika Swoboda)

Paulina zwraca uwagę na jeszcze inną istotną rzecz. – W Warszawie w mojej okolicy zimą bardzo czuć smog. W Hiszpanii otwieram okno i czuję morską bryzę. Wiatr od morza sprawia, że powietrze jest bardzo czyste – podkreśla.

Odkąd przyjechali, temperatura jeszcze ani razu nie spadła poniżej 10 stopni. W dzień sięga 18, a w słońcu nawet ponad 20 stopni. Łatwo można odróżnić miejscowych od turystów. Ci pierwsi i tak zakładają wełniane czapki i puchowe kurtki, ci drudzy – krótkie rękawki i szorty, w których pędzą na plażę.

Anna-Maria Siwińska doświadczenia z lokalsami też ma bardzo dobre. – Poza tym, że w mojej Pszennej Wólce prawie nikt nie mówi po angielsku, więc zaczęłam się uczyć hiszpańskiego. Na razie idzie mi opornie, czasami muszę sobie pomagać rękami, ale udaje mi się zawsze kupić to, co chcę – opowiada.

Anna-Maria Siwińska zimę spędza w Andaluzji (arch. prywatne)

Raz, gdy chciała kupić czosnek, poprosiła na targu o dwoje oczu. Ale nikt się nie obraził.

– Niedawno na jakiejś lokalnej fieście podszedł do mnie burmistrz i powiedział, że widział na moim Instagramie zdjęcia naszej miejscowości. Szczerze mówiąc, zszokował mnie, że wie, kim jestem. Hiszpanie są bardzo mili, ale raczej nie z tych bratających się i szukających bliższego kontaktu. Owszem, mówią „dzień dobry” i „jak się masz?”, ale to wszystko.

Paulina zauważyła, że mieszkańcy starają się żyć z turystami w symbiozie. – Gdy mówię, że zaczęłam się uczyć hiszpańskiego, ale na razie idzie mi słabo, spotykam się z życzliwością. W ogóle żyje się tu mniej nerwowo, wolniej niż w Polsce, bez zadęcia i bez napięcia – dodaje.

Minusy? Są jakieś minusy?

Według Pauliny zaskoczeniem dla niektórych może być to, że sklepy spożywcze otwierają się dopiero o 9.00. – W Polsce już przed 8.00 mogę sobie kupić coś do jedzenia. W niedzielę, podobnie jak u nas, supermarkety są zamknięte – mówi. I dodaje: – Przed pierwszym wyjazdem myślałam, że to w ogóle nie jest osiągalne dla mnie i bardzo drogie. Okazało się jednak, że nie. Poza tym mieszkanie w innym kraju przez trzy miesiące i poznanie go to dobra opcja dla kogoś, kto rozważa wyprowadzkę z Polski. Zamiast rzucać się na głęboką wodę, można najpierw sprawdzić, jak to wygląda. Gdy znajomi pytają, czy jest tak trudno, jak się wydaje, odpowiadam, że nie.

Andaluzyjska Pszenna Wólka Anny-Marii Siwińskiej (arch. prywatne)

Anna-Maria zapytana o minusy mieszkania zimą w Andaluzji zastanawia się dłuższą chwilę. – Kocham tę moją hiszpańską Pszenną Wólkę i uważam, że jest piękna, ale muszę przyznać, że bez samochodu nie mogłabym w niej funkcjonować. Co prawda na plażę mam raptem półtora kilometra, ale droga wiedzie ramblą, czyli suchym wąwozem po rzece, a powrotna pod górę. Jeśli więc chcę się wykąpać w morzu, muszę wsiąść w samochód, spacer raczej odpada. Ale czy to jest naprawdę problem?

Jej plan jest taki, żeby zamieszkać w Pszennej Wólce na emeryturze na stałe. – Wiem już, że moja emerytura będzie kiepska, więc jak mam być stara i biedna w Polsce, to wolę być stara i biedna w słonecznym kraju.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Prowadzi też własny talk-show „Domowy kryminał” w telewizji Active Family. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, włoskiego, kawy i słoni.

TOK FM, Konrad Oprzędek

Tutaj dom kosztuje mniej niż kawalerka w Warszawie. „To mit, że jest drogo”

Konrad Oprzędek 08.01.2025 05:55

Porzucają Polskę i przeprowadzają się do Hiszpanii. – Chałupa w Andaluzji kosztowała mniej niż kawalerka w Warszawie, bo ok. 200 tys. zł. Niby miałam tyle odłożone, ale na mieszkanie na Targówku dla syna. Ten jednak stwierdził, że nie chce się od nas wyprowadzać. Pomyślałam: No to, spadaj, niewdzięczny gówniarzu. Jak nie chcesz kawalerki, to kupię se dom w Hiszpie – mówi tokfm.pl Anna-Maria Siwińska.

  • Polacy coraz częściej decydują się na zakup nieruchomości za granicą. Prym w tej materii wiodą szczególnie Hiszpania i Portugalia 
  • Jedna z bohaterek naszego tekstu kupiła dom w Andaluzji. – Kosztował mniej niż kawalerka w Warszawie, bo ok. 200 tys. zł – przyznaje. 
  • Ile kosztuje mieszkanie w Hiszpanii? „To mit, że Hiszpania jest droga”

„Siwa”, czyli Anna-Maria Siwińska, kupiła dom w Hiszpanii za „radą” lekarki. – Kazała mi wypierd…ć z Polski. Co roku dostawałam depresję zimową, bo mam chorobę afektywną sezonową (SAD). To zaburzenia nastroju, przez które trudno było mi wyjść z domu i zrobić cokolwiek. W końcu psychiatra powiedziała: Albo jak co roku przepiszę pani te same prochy, albo wyjeżdża pani na zimę z Polski. Postanowiła doświetlić delikwentkę, a ja w to weszłam – opowiada Siwińska.

Ruszyła z mężem w prawie trzymiesięczny objazd po Hiszpanii i Portugalii. Mówi, że to była jej pierwsza zima bez depresji i że wróciła uskrzydlona do Warszawy. Rok później jej przyjaciel Polak chciał wyremontować swój dom w Hiszpanii. Zaproponował „Siwej”, by sprowadziła się do niego na zimę i przypilnowała ekipy budowlanej, bo sam nie mógł tego zrobić. Złapała okazję.

– Na miejscu okazało się, że jeden z tych budowlańców miał na sprzedaż dom. Był o kilometr dalej, więc poszłam i obejrzałam. Okazało się, że to wspaniała, stara, andaluzyjska chałupa. Kosztowała mniej niż kawalerka w Warszawie, bo ok. 200 tys. zł. Niby miałam tyle odłożone, ale na mieszkanie na Targówku dla syna. Ten jednak stwierdził, że nie chce się od nas wyprowadzać. Pomyślałam: No to, spadaj, niewdzięczny gówniarzu. Jak nie chcesz kawalerki, to kupię se dom w Hiszpie. Tak się stało – mówi żartobliwie Siwińska.

Jak dodaje, odtąd niecałe pół roku spędza w Hiszpanii, a resztę w Polsce. Gdy jest w Andaluzji, dalej zajmuje się marketingiem w polskiej firmie, tyle że zdalnie. Tu akurat niewiele się zmieniło, ale rozpoczęcie życia „okrakiem” na dwa kraje to już rewolucja. Zwłaszcza że Anna-Maria zdecydowała się na nią, gdy miała 53 lata.- Oczywiście, zrobiłam to z chłopem, który skończył już… Ile ty masz lat? – „Siwa” zwraca się do partnera, który jest w drugim pokoju. – Mówi, że o osiem więcej niż ja. Czyli wyjechaliśmy do Hiszpy jako stare dziady. Jesteśmy jak te drzewa, co ich podobno nie wolno przesadzać – śmieje się moja rozmówczyni.

Przeprowadzka do Hiszpanii. „Postawiłam wszystko na jedną kartę”

Mniejszy prestiż zawodowy, gorsze pieniądze, o wiele lepsze życie – podsumowuje swoje trzy ostatnie lata w Hiszpanii Magdalena Helman. W Poznaniu zajmowała się psychologią biznesu, prowadziła szkolenia, doradzała przedsiębiorcom, pracownikom i bezrobotnym. Jak mówi, zarabiała bardzo dobrze, a jeśli dodać do tego dochody jej męża prawnika, to robił się spory budżet domowy, który starczał na godziwe życie. Tyle że oboje okupili to wypaleniem zawodowym.

Nie planowali przeprowadzki do Hiszpanii. Chcieli tam tylko znaleźć dom, do którego mogliby uciekać przed „wstrętnymi zimami w Polsce”, a w sezonie letnim wynajmować go innym. Gdy jednak postanowili ten plan zrealizować, wybuchła pandemia. – Ten dom od razu mi się spodobał, choć zobaczyłam go tylko na zdjęciach w internecie i nawet nie wiedziałam, gdzie jest. Skontaktowałam się z hiszpańskim pośrednikiem, ale nie mogłam dotrzeć na miejsce, by obejrzeć nieruchomość, ponieważ ogłoszono lockdown. Mimo to z mężem zdalnie podpisaliśmy umowę przedwstępną i przelaliśmy zadatek. Dopiero po trzech miesiącach udało nam się przylecieć do Hiszpanii – wspomina.

Zobaczyli wymarłe miasteczko Sorvilán w Andaluzji. Jak się okazało, mieszka w nim niespełna 200 ludzi, dlatego Magdalena nazywa je wioską. Niby leży blisko morza i gór, ale z dala od szlaków turystycznych. Miejscowi śmiali się, gdy Polacy zapowiedzieli, że będą tam wynajmować dom. Bo niby komu? – Ale już w pierwszym sezonie zobaczyli, że przyjeżdżają do nas turyści z Polski i to pueblo zaczyna ożywać. Niektórym z naszych gości tak się spodobało Sorvilán, że kupili tutaj domy – mówi.

Jak dodaje, tak było z polską menedżerką, która mieszka w Barcelonie i pracuje zdalnie w amerykańskiej firmie farmaceutycznej. W Sorvilán chciała spędzić tylko miesięczne wakacje, ale już po dwóch tygodniach znalazła tam dom. Teraz go remontuje, bo zamierza wkrótce przenieść się do miasteczka i otworzyć w nim kawiarnię. Szuka nowego pomysłu na życie, bo praca w korporacji za bardzo obciąża ją psychicznie.

– Dom kupiła tutaj też para lekarzy z Polski. W Sorvilán chcą znaleźć wytchnienie, bo on jest takim pracoholikiem, że gdy zszedł do 11 godzin roboty dziennie, to jego żona już świętowała. Miał zamiar tylko tu pomieszkiwać, ale teraz mówi, że gdyby w niedalekiej Granadzie znalazł pracę w klinice, mógłby kiedyś nawet osiąść w naszym pueblo na stałe. Dom kupiła również para młodych Polaków z trójką dzieci. Uciekli z Londynu, bo stwierdzili, że to niespokojne i niebezpieczne miasto. On jest stolarzem, a ona opiekuje się rodziną. Kończą właśnie remont. Z Polski przylecieli też: emerytowana wykładowczyni, emerytowany marynarz i moja koleżanka psycholożka – wymienia.

Póki co Magdalena i jej mąż mieszkają w Hiszpanii przez ok. 8 miesięcy w roku, ale od września chcą tam osiedlić się na stałe. Moja rozmówczyni zlikwidowała już firmę w Polsce, a jej mąż kończy ostatnie sprawy, by móc tam zamknąć kancelarię prawną. Na razie w Sorvilán wynajmują trzy apartamenty dla turystów, ale kończą remont kolejnych dwóch, a w przyszłym roku ma być ich łącznie siedem.

– Pracy jest dużo, bo każdym gościem chcemy się zaopiekować. Najpierw dopytać, czego potrzebuje i wytłumaczyć, jak ma dojechać. Potem przygotować apartament, kwiaty i wino. W końcu powitać i jeśli chce, spędzić z nim czas. Poza letnim sezonem planujemy organizować dla gości kursy malarstwa, wakacje z jogą, zajęcia psychoterapeutyczne, warsztaty rozwojowe dla kobiet i dla osób z wypaleniem zawodowym – opowiada Helman.

Jak dodaje, przeprowadzka do Hiszpanii okazała się trudna dla niej i męża, bo sprzedali nieruchomości w Polsce i tym samym stracili bezpieczeństwo finansowe. Nagle, przed pięćdziesiątką, zaczęli wszystko od zera w obcym kraju, którego języka nawet nie znali. – Postawiliśmy wszystko na jedną kartę. Inwestowaliśmy na styk, czyli nie mieliśmy już oszczędności, by spokojnie sobie żyć i powoli rozwijać biznes. Robiliśmy to szybko, by jak najprędzej zacząć zarabiać. Zapłaciłam za to może nie depresją, ale poczułam, że się nadużyłam. Było trudno, ale nie żałuję – podkreśla moja rozmówczyni.

Ile kosztuje mieszkanie w Hiszpanii? „To mit, że Hiszpania jest droga”

Małgorzata Wargocka chodziła do szkoły na Teneryfie, studiowała w Granadzie, a potem mieszkała w Madrycie. – Gdy byłam nastolatką, zauważyłam, że w Hiszpanii są miejscowości, w których żyje niewielu Hiszpanów, bo wszystkie domy wykupili np. Brytyjczycy. Pomyślałam, że kiedyś przyjdzie czas na nas. Jeśli chodzi o klimat, mieszkamy przecież w niezbyt atrakcyjnym regionie Europy. Jest tu po prostu zimno i ciemno. Sądziłam więc, że jak tylko wzbogacimy się jako naród, to zaczniemy kupować domy i mieszkania w słonecznej Hiszpanii. To było kwestią czasu – mówi.

Po studiach założyła więc firmę Casa En Sol, która pośredniczy w sprzedaży hiszpańskich nieruchomości. Długo jednak czekała na wzbogacenie się polskiego społeczeństwa. Na początku sprzedawała ledwie pięć nieruchomości na kwartał. Teraz tyle zleceń ma w tygodniu, a w miesiącu około 20. Kiedyś jej klientami byli tylko bogaci Polacy, np. prawnicy, lekarze, właściciele dużych firm. Niedawno dołączyli do nich tzw. normalsi: księgowi, urzędnicy, ludzie mający jednoosobowe działalności gospodarcze i pracownicy branży IT.

– Wśród nich są też młodzi po trzydziestce i nie nazwałabym ich zamożnymi. Dlatego wielu zaciąga kredyty w hiszpańskich bankach. Mają jakiś wkład własny, a resztę pieniędzy biorą pod hipotekę tych swoich nowych mieszkań. Jeśli chcą pracować zdalnie dla firm w Polsce, to przedstawiają bankowi PIT i zaświadczenie z Biura Informacji Kredytowej – tłumaczy.

– Ile pieniędzy muszę mieć, żeby pani coś znalazła mi w Hiszpanii? – pytam.

– Podam kwotę, ale proszę nie myśleć, że poniżej niej nie znajdzie pan nieruchomości w Hiszpanii. Bo oczywiście takich tańszych jest wiele. Ale my po prostu nie zajmujemy się transakcjami poniżej 200 tys. euro. Nie chcemy pośredniczyć w zakupie mieszkań, które mogą okazać się utrapieniem dla naszych klientów. Bo np. są w starym budownictwie i mogą mieć wiele wad technicznych, choćby słabą izolację. W lecie pan się smaży, a zimą marznie. Albo uruchamia zagrzybioną klimatyzację i płaci za prąd 150 euro miesięcznie. Ale rzecz jasna, nie musi tak być – zastrzega Małgorzata Wargocka.

– Załóżmy, że zarobiłem albo dostałem od rodziny pieniądze na wkład własny, a resztę z tych 200 tys. euro pożycza mi bank. Co i gdzie mi pani znajduje?

– Apartament na tańszym wybrzeżu Costa Blanca w prowincji Alicante. Tam i na Costa del Sol w Andaluzji Polacy kupują najwięcej mieszkań. Tyle że na tym drugim wybrzeżu rozsądny budżet wejścia to ok. 300 tys. euro. Ale oczywiście wszystko zależy do lokalizacji, bo inaczej jest wycenione mieszkanie w pierwszej linii brzegowej, a inaczej w przysłowiowych pomidorach, 20 km od plaży. W pana budżecie znajdziemy apartament z jedną albo dwiema sypialniami. Niestety raczej bez widoku na morze, ale od niego będzie pana dzieliło kilka minut jazdy samochodem. Jeśli to będzie w miejscowości Torrevieja, zastanie pan w niej kilka tysięcy Polaków. Przed pandemią można było tam kupić mieszkanie za połowę dzisiejszej ceny, czyli za ok. 100 tys. euro.

– Wielu z nich pracuje zdalnie w polskich firmach?

– Zdecydowanie, to głównie branża IT. Decydują się na to właśnie dlatego, że koszty życia są podobne jak w Polsce. Żywność w Hiszpanii jest ciut tańsza, a usługi są odrobinę droższe. Nie wszyscy od razu kupują tam mieszkania, niektórzy po prostu je wynajmują. Płacą mniej więcej tyle, ile kosztowałoby to w Warszawie. To mit, że Hiszpania jest droga – podkreśla moja rozmówczyni.

Ile kosztuje życie w Hiszpanii? „Taniej niż w Polsce”

Dla mnie jednak zdecydowanie za droga. Złapałem się za głowę, gdyby padła kwota 200 tys. euro. Tutaj jednak z pocieszeniem przychodzi Anna-Maria Siwińska, której psychiatra kazała wynosić się zimą z Polski. „Siwa” poleca mi zjechać wzrokiem niżej na mapie Hiszpanii. – O, tutaj, to Malaga. Jak wysiądziesz tam z samolotu, to po prawej – w stronę Gibraltaru – będziesz miał rejon, gdzie mieszkają bogole, czyli bogaci ludzie z Polski. A po lewej zobaczysz takie hiszpańskie Podlasie. Tam właśnie mieszkam, nad samym morzem. W tej okolicy kupisz chałupę za 200 tys., ale złotych – opisuje.

– Rany, jakie znowu Podlasie? – dziwię się.

– Bo to region rolniczy. Stamtąd pochodzą te hiszpańskie ogórki i pomidorki, które kupujesz w Biedrze. Większość tego rosła w promieniu 100 km od mojego domu. Moja miejscowość nazywa się Haza del Trigo, po polsku: pole pszenicy. Mówię na to: Pszenna Wólka. To wiocha zabita dechami, w najbardziej zacofanej gminie Hiszpanii. W niej najdłużej ostała się analogowa centrala telefoniczna, o czym z dumą informuje napis w tej miejscowości. Fajna i tania okolica. Jak chcesz kupić ruderę do remontu, to znajdziesz ją za nawet 10 tys. euro – mówi.

– I kilka razy tyle wydam na remont – wzdycham.

– Zależy, co chcesz. Jeśli zmienisz myślenie na moje, to kupisz tanią chałupę i nie wyłożysz wiele na remont. Nawet jak będziesz miał dziurę w ścianie, to za bardzo się nie zmartwisz, bo na dworze jest ciepło. W Polsce musisz zrobić izolację, wymienić nieszczelne okna, ufortyfikować się przed atakującym zewsząd zimnem. A tam? Byle na głowę ci się nie lało. Ale nawet gdy się leje, to wytrzesz – śmieje się „Siwa”.

Jest minimalistką, dlatego, gdy pierwszy raz przenosiła się na zimę do Hiszpanii, nie fatygowała do tego firmy przeprowadzkowej. – Zabrałam szczoteczkę do zębów, komputer i parę ciuchów. Hiszpanie często wystawiają domy na sprzedaż z meblami i sprzętami. Chyba że ktoś chce opchnąć chałupę drożej, to czyści wszystko i remontuje. Ale z moją tak nie było. Po poprzednim właścicielu zostały w niej garnki, pralka, lodówka i jeszcze jego skarpetki za szafką. Prałam pościel po obcym chłopie, żeby móc w niej spać – opisuje.

Jak dodaje, życie w Hiszpanii kosztuje mniej niż w Polsce. Wraca stamtąd do Warszawy z oszczędnościami, a tutaj nie ma szans na odkładanie pieniędzy. – Prąd i butla gazowa są tam tańsze niż w Polsce. Za pełny wózek żarcia typu Biedra płacę ok. 100 euro, co starcza mi na dwa tygodnie. Kilogram bakłażanów, papryk, pomidorów czy ogórków na targu kosztuje niecałe euro. Ale gdy nie chcę, nie muszę za to płacić. Kapitalizm mówi, że nie ma darmowych obiadów, a na to wchodzi Andaluzja cała na biało i odpowiada: Masz tu stertę pomidorów czy melonów. Bierz! Po prostu jak są trochę poobijane, to rolnikom nie chce się ich wywozić, tylko zostawiają je przy drodze – opowiada.

Również koszty życia Magdaleny Helman w Andaluzji są niższe niż te w Polsce. – Za utrzymanie domu płacę najwyżej 200 euro miesięcznie i to w sezonie grzewczym. Na jedzenie wydaję o około jedną czwartą mniej niż w Polsce. Ubrań nie trzeba kupować na cztery pory roku, wystarczą te na lato i jesień. W Hiszpanii nie dojeżdżam do pracy, więc mniej wydaję na benzynę. Nie muszę już mieć drogiego samochodu, bo tutaj kompletnie nikt na to nie zwraca uwagi. A co do cen domów: najtańszy teraz wystawiony na sprzedaż w naszej wiosce kosztuje 49 tys. euro – stwierdza.

„Siwą” proszę, by zrobiła kilka rys na tym wyidealizowanym obrazie swojego „budżetowego” życia w Hiszpanii, bo nikt jej nie uwierzy. Jak przyznaje, parę razy myślała, że się popłacze. Np. gdy za którymś razem przyleciała z mężem do Haza del Trigo, zobaczyła, że dach w jej domu się zawalił. – Wisiał tylko gips i karton. Nie zaimpregnowaliśmy dachu, przypiekło słońce i spadł do chałupy. Przez dwa-trzy miesiące mój chłop go naprawiał. Nie było łatwo – wspomina.

Wymienia jeszcze kilka rzeczy, które rażą ją w Andaluzji. Np. sama jest kociarą i pozostaje wrażliwa na los zwierząt, a – jak mówi – miejscowi mają do nich fatalny stosunek. – Tam są np. bandy dzikich kotów i jak któryś jest ciężko chory albo wpadnie pod samochód, to raczej dobiją go łopatą. Specjalnie to nie odbiega od realiów polskiej wsi, ale mnie to rusza. Poza tym są kradzieże, choć w hiszpańskich warunkach nikt tego tak nie nazwie. Przyjeżdżasz do chałupy i widzisz, że zniknęła ci doniczka, łopata itd. Po prostu miejscowi je gwizdnęli, bo uznali, że już nie są ci potrzebne. No i oczywiście to straszni manianiarze. Na wszystko mówią „maniana”, czyli „jutro”. Jak się nie przyzwyczaisz i chcesz coś załatwić, to masz problem – podkreśla.

Żałuje jednak, że 10 lat wcześniej nie kupiła domu w Hiszpanii. Na razie nie planuje się tam przenosić na stałe, bo w Polsce ma schorowaną matkę i musi się nią opiekować. Sama też cierpi na stwardnienie rozsiane – co prawda, choroba jest w głębokiej reemisji, ale „Siwa” co trzy miesiące musi chodzić w Warszawie na badania i wymieniać leki. – Kiedyś jednak i ten problem rozwiążę. Chcę osiąść w Hiszpie na starość. Mój chłop i ja będziemy mieli kiepskie emerytury, bo długo ćwiczono na nas tzw. optymalizację podatkową, czyli: „Damy państwu pod stołem trochę pieniędzy, a resztę oficjalnie”. Więc jak mamy być starzy i biedni, to w Hiszpie – kwituje moja rozmówczyni.

Fiesta w Hiszpanii. „Krzesełkowe party”

Starość chciałaby spędzić w Hiszpanii również Magdalena Helman. Jak mówi, zachwyciła ją jakość życia tamtejszych emerytów. – Przez większość roku żyją na ulicy. Wieczorami wystawiają krzesełka przed domy i ze sobą rozmawiają. To takie krzesełkowe party. Wydaje mi się, że nie czują tej dojmującej samotności i pustki, która dotyka bardzo wielu polskich seniorów. Tutaj, gdy jest fiesta, wystawiają stoły, nakrywają je białymi obrusami, zapraszają innych, śmieją się i tańczą. Bo relacje społeczne są najważniejsze – podkreśla.

Jak dodaje, lokalsi nie mają uprzedzeń wobec Polaków, którzy kupili domy w ich miasteczku. Ani wobec Amerykanów, Holendrów, Argentyńczyków, Szwajcarów, Austriaków, Niemców czy Irlandczyków. – Przyjezdnych przyjmują ciepło. O cokolwiek poprosimy, to dostajemy. Często przychodzą do mnie z siatami pomarańczy, papryk i awokado. Bo jak mają, to się dzielą. Ale to podejście nie dotyczy wszystkich – zastrzega.

Mimo że społeczność Sorvilán jest międzynarodowa, to gościnność miejscowych jest limitowana. Nie mogą na nią liczyć migranci np. z Maroka, którzy żyją w swoich enklawach na wybrzeżu ok. 10 km od miasteczka. – Ten region to szklarnia Europy. Przy warzywach w dużej mierze pracują właśnie ci migranci. Za grosze i nielegalnie. Miejscowi narzekają, że tamci zajmują kolejne miejsca, brudzą i robi się przez nich niebezpiecznie. Próbuję tłumaczyć Hiszpanom, że jeśli płacą im grosze, nie otwierają się na nich, to jak inaczej mają żyć ci migranci. To trochę PiS-owskie podejście – ocenia.

Na to „Siwa” otwiera na komputerze swój folder, który nazwała „Wybierz mądrze”. Zbiera w nim różne informacje dot. Hiszpanów. Np. kiedy zalegalizowali małżeństwa jednopłciowe i kiedy przyznali im prawa do adopcji dzieci (2005 rok) albo kiedy dopuścili aborcję do 14. tygodnia ciąży (2010 rok). – Nawet na tym moim hiszpańskim Podlasiu nie mają z tym wszystkim problemu. Co jeszcze mam w folderze? Np. w którym kraju ludzie najlepiej ogarniają work-life balance. Okazuje się, że Hiszpania jest druga po Luksemburgu – mówi Anna-Maria i tłumaczy, że ten folder traktuje z przymrużeniem oka jako dowód na to, że jej wybór Hiszpanii na drugą ojczyznę był mądry.

Magdalena Helman również tak ocenia swoją decyzję, by zostać w Andaluzji na stałe. Bo jak mówi, Hiszpanie uczą ją lepszego rytmu życia. – Jestem z pokolenia, które się dorabiało, chwytało szanse i nie marnowało przy tym nawet minuty. Ale traciło życie. Teraz je odzyskuję – podsumowuje moja rozmówczyni.

W kolejnym odcinku tej opowieści przeczytasz, jak Polacy uciekają do Hiszpanii ze strachu przed wojną.

Chcesz zgłosić temat, opowiedzieć swoją historię? Napisz do autora: konrad.oprzedek@tok.fm

TVN24.pl, Natalia Szostak

Domy za cenę kawalerki i raj na ziemi. Polacy „tak zafiksowani, że przestają widzieć wady”

W poszukiwaniu lepszej pogody Polacy rzucili się na nieruchomości w Hiszpanii. Dla części to też pomysł na zarobek. Eksperci przestrzegają jednak przed pułapkami, które czyhają na kupujących. Samego słońca też można mieć dość. – Przy 50 stopniach po prostu nie da się pracować, wiele biur jest zamkniętych. Polacy mają o to pretensje – mówi była pracownica biura nieruchomości. Niemile zaskoczyć potrafi też zima.

Od kilku lat Polacy szturmują hiszpański rynek nieruchomości. Potwierdzają to dane, na które powołuje się Biuro Maklerskie Pekao. W 2022 r. polscy nabywcy kupili tam niemal 3 tys. mieszkań i domów (wzrost o 161 proc. w porównaniu do 2021). W 2023 roku transakcji było jeszcze więcej – 3,1 tys. (wzrost o kolejne 5 proc.). 

Anna-Maria Siwińska dom w Andaluzji (południowa Hiszpania) kupiła przed dwoma laty. Zapłaciła 50 tys. euro. Po obecnym kursie to około 215 tysięcy złotych, dwa lata temu było to około 20 tysięcy złotych więcej. – Miałam te pieniądze odłożone na mieszkanie dla syna. Ale przy dzisiejszych cenach nie starczyłoby nawet na kawalerkę na Targówku. Młody powiedział, że kawalerki nie chce, mieszka dalej z nami, a ja pieniądze przeznaczyłam na coś innego. 

„Coś innego” to dom na wyludnionej andaluzyjskiej wsi. Wokół pola, szklarnie, nieliczne domy w górach. Do morza – 1,5 km. Wszędzie trzeba dojechać, ale Siwińskiej to nie przeszkadza. W Hiszpanii spędza najczęściej jesień i zimę, a kiedy musi przyjechać do Polski – na przykład do lekarza – w zamian za opiekę nad mieszkającymi w sąsiedztwie bezdomnymi kotami i podlewanie kwiatów udostępnia dom znajomym. 

Polacy się bogacą

Skąd takie zainteresowanie nieruchomościami za granicą? Hiszpania jest najpopularniejsza, ale Polacy kupują też domy czy mieszkania np. w Portugalii czy we Włoszech. Wszędzie tam, gdzie jest ciepło i można wyjechać np. na wakacje, lub też podnająć miejsce turystom. 

– Widzę tu dwie główne przyczyny – mówi w rozmowie z redakcją biznesową tvn24.pl dr Adam Czerniak, ekonomista z SGH. – Po pierwsze dywersyfikacja portfela. Ktoś ma już mieszkanie w Polsce, trochę zaoszczędził i wpada na pomysł, że kolejną nieruchomość kupi gdzieś za granicą. Polskie społeczeństwo się bogaci, wchodzimy w rolę kraju wysokorozwiniętego – tłumaczy.

Według danych Narodowego Instytutu Statystycznego (INE – Instituto Nacional de Estadstica) Polacy odpowiadają za ok 3,6 proc. udziału w hiszpańskim rynku nieruchomości (w 2019 – 1,6). Chętniej od nas domy i mieszkania kupują tam m.in. Brytyjczycy, Niemcy czy Francuzi (odpowiednio 10, 7 i 6,7 proc. udziału w rynku). 

Chęć zainwestowania pieniędzy to nie jedyny powód zainteresowania Polaków miejscem do zamieszkania poza krajem: – Dużym impulsem do szukania nieruchomości na południu Europy był atak Rosji na Ukrainę. Część osób stwierdziła, że dobrze mieć takie zabezpieczenie – przyznaje Czerniak. 

Nieruchomości w Hiszpanii: uwaga na pułapki

Nie bez wpływu pozostają ceny nieruchomości – według Eurostatu w Polsce rosną najszybciej w całej Unii Europejskiej.

Jeszcze w 2019 roku za średnie wynagrodzenie można było kupić prawie metr (0,98) kwadratowy mieszkania. Obecnie znacznie mniej (0,88 metra kwadratowego). Zdolność sfinansowania zakupu własnego mieszkania z przeciętnej pensji jest niższa niż przed wybuchem pandemii COVID-19 – wynika z analizy Polskiego Instytutu Ekonomicznego. 

– Szukamy alternatyw do polskiego rynku. Jesteśmy też kuszeni tanimi nieruchomościami w Hiszpanii – mówi Przemysław Solarski, autor bloga Polacos.pl. I przestrzega: – To może być pułapka, gdyż ceny te bywają niższe z kilku powodów. Najczęściej są to wady prawne, wątpliwej jakości sąsiedzi, stan budynku, miejscowość, w której znajduje się nieruchomość. Te oferty nie cieszą się popularnością wśród obywateli Hiszpanii, dlatego też reklama skierowana jest w stronę inwestorów zagranicznych, w tym Polaków – wymienia. 

Tę ocenę potwierdza była agentka pośrednicząca w sprzedaży na rynku hiszpańskim (chce zachować anonimowość). Jak mówi, miała do czynienia z wieloma marzycielami, którym wydawało się, że kupią idealną nieruchomość za bezcen. – Dużo ludzi kupiło mieszkania na wynajem na przykład w okolicach Alicante. Teraz sprzedają, bo tam się nic nie dzieje – mówi w rozmowie z redakcją biznesową tvn24.pl. – Każdy chciałby znaleźć miejsce wypadowe na Costa del Sol, ale tam ceny są z kosmosu.  

– Jeśli ktoś planuje kupić dom w Hiszpanii za małe pieniądze, musi się liczyć z tym, że będzie to: a) ruina, b) na zadupiu albo c) ruina na zadupiu – śmieje się Anna-Maria Siwińska. Jej dom jest w miarę niezłym stanie, ale nie ma mowy o luksusach. – Znam historie ludzi, którzy po zakupie odkrywali, że dach gnije, ściany się walą i dom właściwie trzeba zbudować od nowa – stwierdza. 

Nie kupować kota w worku

To dlatego eksperci przestrzegają przed lekkomyślnymi zakupami. Bartosz Wach z kancelarii Wach&Wach Adwokaci-Abogados podkreśla, że nie warto działać pod wpływem emocji. – Niestety coraz więcej osób zgłasza się do nas z problemami wynikającymi z wprowadzenia klientów w błąd przez osoby pośredniczące w transakcji, które bardzo dużo obiecują przed podpisaniem przez klientów umowy przedwstępnej ze sprzedającym, gdyż otrzymują od wpłaconej na poczet tej umowy kwoty prowizję. Zapał tych osób we wspieraniu klienta i realizowaniu obietnic przepada jak kamień w wodę po wpłaceniu tej kwoty – mówi adwokat. 

Nieruchomość koniecznie należy zobaczyć. Nie opierać się jedynie na zdjęciach czy filmikach z internetu. – Znaczna większość oszustw dokonywanych podczas transakcji nabycia nieruchomości ma miejsce na skutek tego, że kupujący nie odwiedził nieruchomości osobiście, kupując przysłowiowego kota w worku – podkreśla Wach. 

– Na świecie jest pełno oszustów i Hiszpania nie jest tutaj wyjątkiem – komentuje Przemysław Solarski. – Zatrudnienie niezależnego prawnika, który nie jest powiązany z agencją nieruchomości, może pomóc w obiektywnej ocenie sytuacji.

Solarski dodaje, że warto dokładnie sprawdzić stan prawny domu czy mieszkania, które nas interesują, dopytać o plan zagospodarowania przestrzennego, aby upewnić się, że w pobliżu nieruchomości nie są planowane żadne duże inwestycje, które mogłyby wpłynąć na jej wartość (np. budowa dużych centrów handlowych, dróg czy obiektów przemysłowych). Jeżeli mamy w planach wynajmowanie własności turystom, należy sprawdzić, czy jest to możliwe. Może tego zabraniać np. regulamin wspólnoty mieszkaniowej. 

Źle może się skończyć próba oszczędzania na ekspertach rynku nieruchomości: tłumaczach, agentach, prawnikach. Na blogu Hiszpania Consulting opisuje to tłumaczka przysięgła Karina Ślesińska. Podaje przykład: „Agentka prosiła, żebym klientce nie czytała niekorzystnych dla niej zapisów, bo po co ją straszyć?! Wyobrażacie to sobie?! Jasne, 200 euro zaoszczędzone, wtopione kilkadziesiąt tysięcy euro. Biznes życia po prostu” – czytamy. 

Przeszkadzają upały… i zima

Pierwsze skojarzenia z Hiszpanią? Słońce, piękne miasta, dobra kuchnia. Ale życie w Hiszpanii to nie tylko plusy.

Problemem mogą być tak zwani okupas (z hiszpańskiego ocupados) czyli niechciani lokatorzy, którzy zajmują puste nieruchomości. Ich celem stają się najczęściej mieszkania czy domy należące do firm, ale zdarza się, że zadamawiają się także w miejscach wypadowych, w których nikt nie mieszka na stałe. W 2022 r. zarejestrowano prawie 17 tys. skarg na takie zachowania. 

Bartosz Wach mówi, że warto zaprzyjaźnić się z sąsiadami. – Dobre stosunki sąsiedzkie mogą nas uchronić przed zajęciem nieruchomości przez okupas – podpowiada. Ale to nie zawsze wystarczy. Niechcianych lokatorów trudno się pozbyć, bo chroni ich prawo lokatorów. Właściciele nierzadko muszą walczyć o zwolnienie nieruchomości na drodze sądowej.

A co z pogodą? Ciepłe, słoneczne miesiące przestają być tym, co przyciąga do Hiszpanii. Mieszkańcy Półwyspu Iberyjskiego coraz mocniej zauważają negatywny wpływ zmian klimatycznych: susze, pożary, braki wody. 

Na łamach „Gazety Wyborczej” opowiadała o tym reporterka Aleksandra Lipczak, autorka książki „Lajla znaczy noc”. – Latem zeszłego roku susza na Półwyspie Iberyjskim zaczęła dawać się we znaki w skrajny sposób. Temperatury w niektórych miejscach sięgały 50 st. Pogoda, która kilka lat temu panowała latem w Andaluzji, teraz panuje także w Katalonii. Życie latem w Hiszpanii stało się wyzwaniem nawet dla ludzi, którzy są przyzwyczajeni do gorącego klimatu. To zaczynają być warunki ekstremalne. W Barcelonie w fontannach nie było wody, wprowadzono zakaz napełniania domowych basenów, na plażach zlikwidowano prysznice – relacjonowała Lipczak. 

Ma to także wpływ na tempo załatwiania spraw. Wiele biur w sierpniu jest zamkniętych i niewiele da się załatwić. – Polacy mają o to pretensje – mówi była pracownica biura nieruchomości. – Ale przy 50 stopniach po prostu nie da się pracować. Nawet z klimatyzacją – dodaje.

Zima też potrafi zaskoczyć. Standardy budowlane na Półwyspie Iberyjskim są inne, niż te, do których Polacy są przyzwyczajeni. Niektórzy narzekają więc na brak ogrzewania w domu czy słabą izolację termiczną budynków. 

Realizm, a nie marzenia

Anna Jaworska wyprowadziła się do Hiszpanii z mężem i trójką dzieci. Chcieli sprzedać dom w Polsce i zacząć nowe życie. Ostatecznie zdecydowali się na wynajem. I choć jest wdzięczna za to doświadczenie, to planują powrót, kiedy starsi synowie skończą szkoły.

– Widoków na przyszłość nie ma – twierdzi. – Ekonomia, rynek pracy tutaj to nie bajka. Do tego wszechobecna biurokracja, brak rozwiązań technologicznych ułatwiających życie. Na początku jak tu przyjeżdżasz to efekt miesiąca miodowego sprawia, że czujesz luz. A potem cię to prostu wkurza – tłumaczy.

Nie brakuje jednak odmiennych historii. Anna-Maria Siwińska jest ze swojej decyzji o zakupie domu zadowolona. Ma jednak ten komfort, że w razie potrzeby zawsze może wrócić do Polski.

Jednocześnie zainteresowanie nieruchomościami w Hiszpanii ciągle rośnie. – Najprawdopodobniej Polacy w tym roku pobiją zakupowy rekord z zeszłego roku – mówi Bartosz Wach. Z kolei Przemysław Solarski podkreśla, że decyzję warto dobrze przemyśleć. – Zauważyłem, że potencjalni kupcy są tak bardzo zafiksowani na życiu w Hiszpanii, że przestają widzieć wady takiego rozwiązania – twierdzi. – Kupowanie nieruchomości w oparciu o marzenia i emocje, zamiast realistycznego podejścia, może prowadzić do poważnych konsekwencji finansowych i życiowych. 

Ostrożność zaleca także ekonomista Adam Czerniak. Zakup może być dobrą inwestycją, trzeba jednak wziąć pod uwagę wszystkie koszty. 

– W większości zachodnich krajów mamy na przykład podatek katastralny. Są też koszty utrzymania nieruchomości. Jeśli nie mieszkamy na miejscu, to trzeba opłacić kogoś, kto się tym domem czy mieszkaniem zajmie. Pod uwagę trzeba też wziąć koszty dojazdów – wymienia Czerniak. – Przemyślałbym, czy to się naprawdę tak bardzo opłaca – dodaje. 

Autorka/Autor:Natalia Szostak

Źródło: tvn24.pl

Gazeta.pl, Paulina Dudek

„Co roku w marcu mam tę myśl: udało mi się przetrwać kolejną zimę”

„Sprzątam w domu i w życiu, gdy przychodzi wiosna. Zimą większość rzeczy jest dla mnie niewykonalna”. Też tak macie? To może być SAD.

Czy to możliwe, że człowiek zapada w sen zimowy? Anna-Maria zaczyna się nad tym zastanawiać przed czterdziestką. – Od wczesnej podstawówki wraz z nadejściem listopada wpadałam w czarną dziurę. Pamiętam, że miałam dziewięć lat, patrzyłam przez szkolne okno na szary, mokry park i myślałam: nic nie ma sensu, oddajcie mi świat. Na studiach „zlikwidowałam” listopad – w notatkach wpisywałam daty do 45 października i od minus 15 grudnia. Listopad od zawsze jest dla mnie – jak w tym memie – zbiorem wszystkich poniedziałków roku. Dopiero w marcu, gdy zaczynała się wiosna, coś w mojej głowie robiło „pyk”, niczym korek od butelki, świat stawał się znośny i przychodziła myśl: udało mi się przetrwać kolejną zimę. Moje postanowienie noworoczne co roku jest takie samo: dożyć do marca – mówi. 

Od dziecka ciągnie ją do światła, niczym roślinkę w doniczce. W każdej firmie, w której pracuje, walczy o miejsce przy oknie. Próbuje przekonać szefa, że ludzie nie mogą funkcjonować bez naturalnego oświetlenia. Słyszy, że w open spasie może i jest ciemno, ale przecież są lampki i nikt poza nią nie narzeka.  

Pisze na swój blog tekst o rytmie rocznym. – Rytm dobowy był znany, ale o rocznym prawie nikt jeszcze nie mówił. A do mnie dotarło, że ludy Północy, w tym my, od zawsze funkcjonowały inaczej niż ludy Południa. Na Północy w długie letnie dni zostawało się na polu od świtu do zmroku, a zimą, gdy niewiele było do roboty, siedziało się w chatach i tempo życia bardzo zwalniało. Gdy przyszła cywilizacja, a z nią elektryczność, zaczęliśmy pracować przez okrągły rok od 8 do 16, a ewolucyjnie nie mieliśmy kiedy się do tego przystosować. 

Od pytania „czy człowiek zapada w sen zimowy?” mija 10 lat, ale Anna-Maria już się domyśla, co jej jest. Szuka psychiatry, który potwierdzi jej diagnozę. Trafi do dr Doroty Bzinkowskiej i usłyszy, że jest książkowym przykładem SAD-owca. 

Jako SAD i nie-SAD 

Psychiatra Dorota Bzinkowska pacjentów z czystym SAD-em [ang. Seasonal Affective Disorder, czyli chorobą afektywną sezonową – przyp. aut.], zwanym również depresją sezonową, a dawniej depresją zimową, ma zaledwie kilkoro. Wszystkich stara się kontrolnie obejrzeć we wrześniu. Głównie po to, by wykluczyć inne diagnozy, zwłaszcza CHAD, czyli chorobę afektywną dwubiegunową, i „zwykłą” depresję, tylko z cechami sezonowości. 

SAD, CHAD, depresja z cechami sezonowości? Nim Bzinkowska wyjaśni mi, czym te pojęcia się różnią, zaznacza, że choroba afektywna sezonowa „to nie chandra ani to, że wszyscy się gorzej czują jesienią”. Jak wyjaśnić fakt, że w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-11 takiej jednostki chorobowej nie ma? – SAD ukrywa się tam pod „innymi zaburzeniami depresyjnymi” lub jako wariant „choroby afektywnej dwubiegunowej”. Ale w DSM-5 [najnowszej klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego – przyp. aut.] nazwa „choroba afektywna sezonowa” figuruje – uściśla lekarka.  

Szacuje się, że na SAD cierpi od 2 do 5 proc. światowej populacji, z czego aż 70–80 proc. chorych to kobiety. Odsetek osób z SAD jest znacznie wyższy w krajach i regionach, których mieszkańcy są narażeni na przedłużające się okresy ciemności. Badania prof. Timo Partonena z Uniwersytetu Helsińskiego wykazały, że na pełnoobjawowy SAD cierpi aż 12 proc. mieszkańców Finlandii, a 85 proc. Finów zauważa, że sezonowe zmiany światła w jakiś sposób wpływają na ich nastrój oraz nawyki związane ze spaniem i jedzeniem. Finowie na sezonową depresję mają nawet specjalne określenie: kaamosmasennus, od słów kaamos – noc polarna, i masennus – depresja. I wcale nie cierpią na nią tylko mieszkańcy Laponii.

Szacuje się, że na SAD cierpi od 2 do 5 proc. światowej populacji, z czego aż 70-80 proc. chorych to kobiety (Fot. Shutterstock.com) , Badania prof. Timo Partonena z Uniwersytetu Helsińskiego wykazały, że na pełnoobjawowy SAD cierpi aż 12 proc. mieszkańców Finlandii, a 85 proc. Finów zauważa, że sezonowe zmiany światła w jakiś sposób wpływają na ich nastrój oraz nawyki związane ze spaniem i jedzeniem. Finowie na sezonową depresję mają nawet specjalne określenie: kaamosmasennus, od słów kaamos – noc polarna, i masennus – depresja. I wcale nie cierpią na nią tylko mieszkańcy Laponii. (Fot. MarianFineart/Shutterstock.com)

Zdaniem dr Doroty Bzinkowskiej SAD o tyle łatwo rozpoznać, że ma cztery twarde kryteria diagnostyczne.

Pierwsze, co naprawdę rzuca się w oczy, to ogromny spadek energii. Jeśli latem nasz poziom energetyczny określimy jako 100 proc., to jesienią i zimą przy SAD-zie będzie to 10–20 proc. Człowiek wręcz wolniej się rusza, nagle nie może podbiec do autobusu, ale też wolniej myśli, kojarzy, trudno mu się skupić

 opisuje.  

Drugie kryterium to nadmierny apetyt na węglowodany. I znów, niby zimą wielu z nas chętniej sięga po słodycze czy chipsy, ale SAD-owcy w ciągu dwóch–trzech miesięcy tyją, przybierając nawet do 10 proc. swojej masy. Trzeci jest spadek nastroju. – W zwykłej depresji pojawia się z reguły smutek, ale w SAD-zie jest on rzadki. Najczęściej osoba odczuwa zobojętnienie – mówi lekarka.  

Czwartym kryterium jest nadmierna senność. Zmiany stężenia serotoniny i melatoniny zakłócają prawidłowy rytm snu i czuwania. To sprawia, że śpi się dłużej, rano trudno wstać i przez pierwsze godziny, nawet do południa, w zasadzie… nadal się półśpi. Bo dla mózgu wciąż trwa noc. 

– Więc gdy pacjent mi mówi, że gorzej się czuje jesienią i zimą, ale nie ma spadku energii ani nie spełnia pozostałych kryteriów, to być może ma depresję z cechami sezonowości, czyli nawracającą jesienią i zimą, ale nie ma choroby afektywnej sezonowej – rozwiewa wątpliwości lekarka. 

I dodaje coś, co brzmi jak wyrok:

Jeżeli człowiek zostaje w naszym klimacie, to nie ma tak, że w jednym roku ma depresję sezonową, a w innym jej nie ma. W prawdziwym SAD-zie ma ją już zawsze. 

Światło, o które nam chodzi 

„Jeśli człowiek zostaje w naszym klimacie” – to zdanie klucz. 

Z Anną-Marią umawiam się na czacie wideo. Bo ja jestem w ciemnej i wietrznej Warszawie, gdzie zapalam kolejną żarówkę i parzę jeszcze jedną kawę, a ona w słonecznej i wietrznej Andaluzji, gdzie zamyka okiennice i zapina polar aż pod szyję. – Na zewnątrz jest 25 stopni C i słońce oślepia, ale w domu… Powiem ci, że nigdzie tak nie zmarzłam jak w Hiszpanii zimą – śmieje się. 

Do Andaluzji przyleciała na sześć tygodni na zaproszenie znajomego. Pracuje zdalnie i dogląda jego ekipy remontowej. – Znajomy urodził się w Polsce, przeniósł do jednego z krajów Afryki jako dwulatek, wrócił jako nastolatek i kompletnie nie umiał sobie poradzić z polską zimą. Niedawno kupił więc ten dom, w którym teraz jestem, i mógł powiedzieć żonie, że to lekarz mu zalecił – śmieje się Anna-Maria.  

Ona nijak nie pasuje do opisu SAD-owca. – SAD minął mi tu po kilku dniach. Bo codziennie mam to światło, o które chodzi. Słoneczny dzień w Hiszpanii dostarcza mózgowi światła o natężeniu 24 tys. luksów. 

Słoneczny dzień w Hiszpanii dostarcza mózgowi światła o natężeniu 24 tys. luksów. By zniwelować objawy 'sezonowej depresji’ wystarczy regularne naświetlanie się światłem o natężeniu 10 tysięcy luksów (Fot. Shutterstock.com)

„Światło, o które chodzi”, nie musi być aż tak silne – wystarcza takie o natężeniu 10 tys. luksów. – Proszę sobie wyobrazić słoneczny polski lipiec w samo południe. Ale też jeden z tych jasnych dni stycznia, gdy wystawiamy twarz do słońca – obrazuje Bzinkowska.  

Gdyby polski styczeń był mroźny, ale słoneczny, chorzy na SAD cierpieliby krócej. Bo SAD leczy się wyłącznie światłem.

Leki nie są potrzebne ani zalecane i pacjenci zwykle bardzo się cieszą, gdy słyszą, że nie potrzebują farmakoterapii

 zdradza Bzinkowska.  

W sieci można znaleźć informację, że na SAD działa buproprion, atypowy lek antydepresyjny, ale Bzinkowska wyjaśnia, że buproprion to środek aktywizujący i jej zdaniem wcale nie na SAD. – To tylko lek dodany, gdy ktoś ma też inne rodzaje depresji albo na przykład dużo stresów. Jest też dość kosztowny. Lampa jest lepsza – przekonuje.  

Przed naszą rozmową oglądam lampy do fototerapii, czyli główne narzędzie do leczenia choroby afektywnej sezonowej. Jest sporo modeli, większość ma dopisek „antydepresyjna”. – To chwyt marketingowy, bo lampa nie wyleczy nikogo ze zwykłej lub nawracającej depresji – potwierdza moje podejrzenia psychiatra. – Ale naświetlając się prawidłowo, pozbędziemy się objawów SAD-u w 14 dni – zapewnia.  

Prawidłowo, czyli jak?

Codziennie przez co najmniej pół godziny, najlepiej między godziną 7 a 8 rano siadamy pół metra od lampy i na przykład czytamy lub pracujemy. Nie trzeba patrzeć prosto w światło, ale oczy muszą być otwarte

 podkreśla.  

Świat fototerapeutycznych wynalazków okazuje się fascynujący. – Istnieją symulatory świtu, czyli budziki świetlne, które rozjarzają się o zaprogramowanej godzinie, imitując wschód słońca. Są okulary do fototerapii, które emitują światło prosto na siatkówkę, ale według mnie to kosztowny bajer – wylicza lekarka.  

Nie ukrywam, że największe wrażenie robią na mnie fototerapeutyczne słuchawki. Okazuje się, że Finowie, którzy są światowym liderem w leczeniu choroby afektywnej sezonowej, wymyślili, że włożą światło do mózgu przez uszy: poświecą na cienką błonę bębenkową dokładnie tam, gdzie nerw słuchowy krzyżuje się z nerwem wzrokowym. – Widziałam te słuchawki, pacjenci czasem je kupują, bo można z nimi wyjść z domu, nie trzeba siedzieć przy lampie. Ja jestem zwolenniczką lamp, bo tylko one mają w stu procentach naukowo potwierdzone działanie. Lamp warto szukać na OLX, producent nie ma znaczenia. A jeśli nie mamy pewności, czy to na pewno SAD, warto przed zakupem pożyczyć od kogoś na kilka dni i przetestować – podpowiada.

SAD leczy się wyłącznie światłem. (Fot. Shutterstock.com) , – Leki nie są potrzebne ani zalecane i pacjenci zwykle bardzo się cieszą, gdy słyszą, że nie potrzebują farmakoterapii – zdradza Bzinkowska (Fot. Shutterstock.com)

I dodaje, że taki sam efekt jak fototerapia z użyciem lampy przyniesie dwutygodniowy urlop na początku listopada gdzieś, gdzie świeci słońce. – Więc jeśli ktoś cierpi na SAD, niech jeździ na wakacje po sezonie – radzi lekarka. Tak jak Finowie. 

Anna-Maria dzięki pandemii ma już w tej kwestii sprawdzony schemat działania. – Kwestię zimowej depresji załatwiają u mnie dwa tygodnie słonecznych wakacji na początku listopada i dwa tygodnie w styczniu–lutym. Podczas pierwszego wyjazdu buduję odporność na polską ciemność, co wystarcza mi do stycznia. Ale do marca są jeszcze dwa miesiące, więc drugi wyjazd to dawka utrwalająca. Jeśli nie mogę wyjechać dwa razy, musi mi wystarczyć jeden wyjazd w okolicy Nowego Roku. Wtedy lecę już na skrzydłach depresji, ale po powrocie doczołguję się do marca. 

Korba 

Według Doroty Bzinkowskiej światłoterapia nie ma efektów ubocznych, a światła nie można przedawkować. Anna-Maria ma jednak na ten temat swoje zdanie. A nawet jedno konkretne słowo. Korba.  

– U mnie korba zawsze zaczyna się od tego pyknięcia korka w głowie. W Polsce miałam ją dopiero w marcu, w Andaluzji pojawiła się po pięciu dniach. Nagle widzę żywsze kolory, więcej słyszę, świat się robi akceptowalny, zaczyna mi się chcieć śmiać, a przede wszystkim robić rzeczy, których nie byłam w stanie zrobić przez ostatnie pół roku. Turbokorbę miałam w Skandynawii w czasie dnia polarnego – o 23 zorientowałam się, że od 16 godzin siedzę za kierownicą kampera i nie jestem zmęczona. Mając korbę, wyrzuciłam z domu byłego partnera i kupiłam auto, w którym zakochałam się na ulicy. To były dobre i w gruncie rzeczy przemyślane decyzje, tylko wymagały tej nadzwyczajnej energii. Sprzątam w domu i w życiu, gdy przychodzi wiosna. Zimą większość rzeczy jest dla mnie niewykonalna – wylicza.  

Anna-Maria: Gdy przyszła cywilizacja, a z nią elektryczność, zaczęliśmy pracować przez okrągły rok od 8 do 16, a ewolucyjnie nie mieliśmy kiedy się do tego przystosować (Fot. Shutterstock.com) , 'Sprzątam w domu i w życiu, gdy przychodzi wiosna. Zimą większość rzeczy jest dla mnie niewykonalna’. Też tak macie? To może być SAD (Fot. Shutterstock.com)

To dlatego Dorota Bzinkowska tak uważnie przygląda się swoim pacjentom. – Dopóki człowiek jest logiczny, poukładany i nie traci kontroli nad swoimi działaniami, to nie kwalifikuje się do diagnozy manii czy hipomanii, czyli warunku stwierdzenia choroby afektywnej dwubiegunowej. Mam pacjentów, którzy są dla mnie z pogranicza SAD-u i CHAD-u, podejrzewam ich o CHAD, ale oni rzadko się latem pokazują, nie weryfikują rozpoznania. Raz, że latem czują się świetnie, a dwa – nie chcą, żebym drążyła i próbowała diagnozować im coś więcej niż SAD, bo choroba dwubiegunowa boli. Jest to poważne rozpoznanie psychiatryczne i oznacza konieczność stałej farmakoterapii, co nie dla wszystkich jest akceptowalne. Więc dopóki można nie mieć tej diagnozy, a objawy są do zniesienia, to nikt nie przychodzi latem skarżyć się, że ma dużo energii. Dopóki mania nie sprawia, że człowiek jest totalnie bezkrytyczny i rządzi światem, to pacjenci ją lubią – nie kryje Bzinkowska. 

Przetrwać ciemność 

Anna-Maria przez lata słuchała, że „depresję to może mieć królowa angielska, a jej się po prostu nie chce wstać z łóżka”. Cieszy się więc, że na chorobę afektywną sezonową pada coraz więcej światła.

Nagle zaczynasz rozmawiać z ludźmi, którzy całe życie wstydzili się tego, że zawsze zimą źle się czują. Wreszcie słyszysz, że to nie fanaberia, tylko chemia twojego mózgu, który pod wpływem światła wytwarza te i te substancje i jeżeli ich nie ma, to wpadasz w depresję. Wtedy dajesz sobie prawo, by ją mieć. 

Ale dr Bzinkowska zaznacza, by nie brnąć koniecznie w diagnozę choroby afektywnej sezonowej, bo większość z nas jej nie ma. Czasem wystarczy sama większa wrażliwość szyszynki na światło, a tę obserwuje u wielu ludzi, zwłaszcza po zmianie czasu z letniego na zimowy. – Naszym rytmem dobowym zawiaduje szyszynka, która produkuje hormon zwany melatoniną. Melatonina sprawia, że wieczorem zasypiamy, a rano, gdy jej poziom się obniża, budzimy się i wchodzimy w dzień. To, czy melatonina się wydziela i czy przestaje się wydzielać, zależy od oświetlenia. I teraz: jeżeli dzień wyraźnie różni się od nocy jasnością, to rano wydzielanie melatoniny jest hamowane i robi się pani żywsza. Ale jeżeli melatonina nie zostanie zahamowana, to utrzyma panią w półśnie. I wieczorem – w drugą stronę: jeżeli noc się zaczyna od godziny 15, to czasem bardzo trudno jest szyszynce wycelować z wydzielaniem melatoniny od godziny 22, żeby od 23 zachciało się pani spać. Mózg w tych okolicznościach wariuje. W tym zakresie lampa do fototerapii też potrafi bardzo ładnie pomóc, bo włączona rano daje poczucie dużej ilości światła i obudzenia. Są też szkoły, które zalecają stosowanie lampy do fototerapii wieczorem – o 21.30–22 albo 22–22.30 – po to żeby zrobić wyraźnie jasno, po czym wyraźnie ciemno. Mózg to lubi – podpowiada. 

Dr Bzinkowska zaznacza, by nie brnąć koniecznie w diagnozę choroby afektywnej sezonowej, bo większość z nas jej nie ma. Czasem wystarczy sama większa wrażliwość szyszynki na światło, a tę obserwuje u wielu ludzi, zwłaszcza po zmianie czasu z letniego na zimowy. (Fot. Shutterstock.com)

W Utsjoki, najbardziej na północ wysuniętej gminie Finlandii, słońce po raz ostatni wschodzi nad horyzontem 24 listopada. Kolejny raz pokazuje się 17 stycznia. Do 21 grudnia, gdy następuje zimowe przesilenie i dzień zaczyna się wydłużać, nawet w najbardziej wysuniętych na południe rejonach kraju liczba słonecznych godzin w ciągu dnia nie przekracza sześciu. Północna Finlandia tonie zaś w nieziemskim granacie nocy polarnej, którą po prostu trzeba jakoś przetrwać. Prof. Timo Partonen radzi, by pozostać aktywnym na co dzień, dużo rzeczy robić na świeżym powietrzu – to może być sport albo zimowy grill, który nikogo w Skandynawii nie dziwi. Warto stosować terapię światłem. I pogodzić się z tym, że zimowa utrata sił i pogorszenie nastroju na pewno przyjdą.  

A jeśli ktoś nie chce się z tym pogodzić? Czy gdyby przenieść się na przykład na południe Włoch, to SAD mógłby zniknąć? Dorota Bzinkowska: – Tak, różnica w poziomie energii byłaby ogromna. Myślę, że w ten sposób pacjent pozbywa się choroby.  

Epilog 

Kilka tygodni po naszej rozmowie dostaję wiadomość od Anny-Marii: „Właśnie kupiłam dom w Hiszpanii, dwa kilometry od morza. 85 m2 w cenie kawalerki na warszawskim Bródnie”.